[muzyka]
Kolejne dni września mijały
niesamowicie szybko. Pogoda za oknem z dnia na dzień robiła się coraz bardziej
nieprzyjemna. Coraz częściej padał deszcz, a niebo pokrywały liczne,
brudnoszare chmury uniemożliwiając przebicie się chociażby jednego promyczka.
Bywały też takie dni, że wraz z deszczem do Hogwartu zawitały również
błyskawice.
Lily aktualnie, przyodziana w
parę rękawic ochronnych i okrutnie cuchnący fartuch, stała przy jednym ze
stanowisk razem z Mary i Dorcas, zastanawiając się, czy jakikolwiek
dotychczasowy pobyt w tym miejscu był aż tak dziwny. Wspólnie obiecały sobie,
że ich ostatni rok będzie najbardziej szalony, żeby mogły go wspominać do końca
życia, a póki co ledwo miały czas na to, żeby się wysypiać!
Tu jej wzrok mimowolnie
powędrował do stołu z drugiej strony, gdzie pracowała grupka Huncwotów. Oni też
byli ostatnio dosyć spokojni. Co prawda byli w Hogwarcie zaledwie trzy
tygodnie, ale w normalnych okolicznościach pokusiliby się
chociażby o zorganizowanie imprezy w pokoju wspólnym!
- Lily, wszystko w porządku?
- A czemu miałoby być
inaczej? – odparła niemalże natychmiast, nie odwracając wzroku od Huncwotów.
Jeden z nich zachowywał się
ostatnio nader dziwnie. I bynajmniej nie chodziło o Pottera! Co prawda ku
zaskoczeniu Lily, zachowanie Jamesa nie zmieniło się nawet odrobinę. Nadal
wspólnie uczyli się tańca, ale tak jak obiecał, nie próbował niczego ugrać dla
siebie. Poza salą taneczną nadal byli starą Lily Evans i starym Jamesem Idiotą
Potterem. W tej chwili Lily bardziej przejmowała się Remusem. Lunatyk nie był w
najlepszej formie. Jego cera stała się lekko ziemista, a oczy miał podkrążone.
Ruda nie dostrzegała w nich już charakterystycznego blasku, zupełnie jakby
Lupin stracił chęć do życia. Był bardziej zgarbiony, a przy tym nerwowy.
- Nad czym tak myślisz?
Lily aż podskoczyła.
Spojrzała na Dorcas i zrozumiała, że ta musiała ją cały czas obserwować.
- O niczym konkretnym -
Westchnęła ciężko i chwyciła stojącą przed nią miskę. Przez chwilę
obserwowała jak fioletowe fasolki odbijają się od szklanych ścianek, żeby w
końcu zgnieść je tłuczkiem.
- Yhm - Dorcas najwyraźniej nie była zadowolona z jej
odpowiedzi. Sama spojrzała na panów z przeciwka. - Potter mocno się do ciebie
klei? - Rzuciła niby od niechcenia.
- Nie mniej i nie więcej niż zawsze - Lily przerwała rozbijanie
fasolek i spojrzała Dorcas prosto w oczy. - A dlaczego pytasz?
- Och dlaczego pytam! - Meadowes była wyraźnie zmieszana. -
Bo ostatnio nic o nim nie mówisz, znaczy - poprawiła się od razu pod naciskiem
jej spojrzenia. - nie narzekasz, a przecież jakby nie było, tańczysz z nim
rumbę.
Dokończyła takim tonem, że Lily miała ochotę wybuchnąć
śmiechem. Dorcas natomiast była wyraźnie zmieszana, a nie mogąc już znieść
przenikliwego spojrzenia Evansówny, wyrwała jej miskę z rąk i sama zaczęła
miażdżyć fasolki.
- Jeżeli liczysz na jakiś super fantastyczny hit, to
niestety, ale chyba cię rozczaruję. Między mną, a Jamesem nic się nie zmieniło.
Ja nadal jestem prefektem, który przy każdej możliwej okazji dopieprzy mu
szlaban za brak egzekwowania szkolnego regulaminu, a on nadal jest nadętym
graczem quidditcha, który zrobi wszystko, żeby wyprowadzić mnie z równowagi.
Chociaż... - urwała na moment i rzuciła krótkie spojrzenie na Pottera. Dorcas
uniosła głowę wyraźnie zaciekawiona. - Na rumbie jest... inaczej. - Dokończyła
i spłonęła lekkim rumieńcem.
- Lily Evans! Co to ma znaczyć? - spytała aż nad to rozentuzjazmowana.
- Nie ekscytuj się tak, bo nie masz czym, Dorcas. Po prostu
jest inaczej. Jest delikatny i uważny. Nie robi niczego na co nie wyrażę zgody
i bardzo mi pomaga, nic więcej.
- I chcesz mi powiedzieć, że James Potter, nie jest Jamesem
Potterem i to w momencie, kiedy może mieć aż tak wiele bez proszenia się? -
Lily odpowiedziała jej jedynie wzruszeniem ramion. - Lily, a może wy się
wreszcie po tych sześciu latach zaczniecie przyjaźnić? - wypaliła Dorcas z
prędkością karabinu, a Lily rozszerzyła oczy w zdziwieniu.
- No wiesz?! - krzyknęła,
udając oburzenie i chwytając spryskiwacz do kwiatów. - Jakie sześć lat! -
pisnęła i uwolniła strumień.
Dorcas krzyknęła lekko
przestraszona, po czym pochwyciła identyczną broń, zabierając spryskiwacz
jakiejś grupce Puchonów. Przez chwilę lały się wodą niczym małe dziewczynki,
śmiejąc się przy tym w głos. Kiedy idealny makijaż Dorcas był rozmazany, a rude
kosmyki Lily skręciły się i utworzyły wrażenie "baranka", podeszła do
nich profesor Sprout. Minę miała surową, a ton, którym przemówiła nie wróżył
niczego dobrego. Wyjęła obu dziewczynom spryskiwacze i z głuchym stuknięcie
odstawiła je na ławkę.
- Po pięć punktów od
Gryffindoru. Miałyście spowodować, że kwiat rozkwitnie, karmiąc go, a nie
przyczynić się do skulenia w pąk poprzez strach! - ofuknęła je.
- Przepraszamy, pani profesor
- wyjąkała Dorcas, wciąż nie mogąc powstrzymać chichotu.
Na szczęście w tym momencie
zadzwonił dzwonek i klasa pospiesznie opuściła cieplarnie, udając się na obiad.
- W każdym razie - Dorcas
nałożyła sobie na talerz pokaźną porcję makaronu i rozejrzała się dookoła, aby
się upewnić, że nie ma w pobliżu niepożądanych osób. - Jeżeli już zrozumiałaś
jak bardzo beznadziejna byłaś przez ostatnie sześć lat i chcesz zacząć przyjaźnić
się z Potterem...
- Masz fantastyczny zmysł
obserwacji, nie rozumiem więc, dlaczego uważasz, że chcę zmieniać cokolwiek, co
jest dobre takie jakie jest teraz! - roześmiała się, nie mogąc utrzymać powagi
i strzelając w nią kawałkiem masła z łyżeczki.
- Tak czy siak jest jedna
bardzo pilna sprawa, którą koniecznie musimy załatwić w najbliższy weekend!
- A co ma do tego
weekend?
- Tańczysz rumbę, Lily.
Idziesz więc na bal, na który nie masz kiecki. - Oświadczyła takim tonem, jakby
tłumaczyła coś oczywistego. - A w ten weekend jest Hogsmeade! - mrugnęła do
Lili i zaczęła pałaszować makaron.
***
Kiedy stały w długiej
kolejce, aby odhaczyć się na liście Filcha, nastrój miała fatalny. Pogoda
również jakby sprzysięgła się przeciwko niej. Ciężkie chmury pokryły niebo,
standardowo o tej porze roku blokując słońce, a wiatr najprawdopodobniej wziął
sobie za cel, aby w ciągu jednego dnia pozrzucać wszystkie liście.
W żołądku czuła niemiły
skurcz. Ręce jej się spociły, a serce waliło jak szalone. I chociaż starała
sobie wmówić, że jest to zwykły, sobotni dzień, w którym wspólnie z
przyjaciółkami wybiera się na wycieczkę, nie mogła pozbyć się czyhającej z tyłu
głowy myśli, że coś się dziś wydarzy. Wzięła głębszy oddech i zaczęła się
rozglądać po korytarzu. Jak zawsze w przypadku wolnej soboty, korytarz był
zaludniony. Do wioski mogli się co prawda udać uczniowie od trzeciej klasy
wzwyż, ale nie zabrakło tu takich, co ślepo wierzyli, że uda im się
przechytrzyć nader wyczulonego Filcha. Huncwoci też próbowali na drugim roku.
To chyba właśnie za to zarobili pierwszy w swojej karierze szlaban. Później
było już tylko z górki. I jak każdy doskonale wiedział - i tak znaleźli sposób,
aby owego dnia w Hogsmeade się znaleźć.
Pokręciła głową i przeniosła
wzrok od grupki pierwszaków na grupkę wyjątkowo głośnych Gryfonów. Jeden z nich
stał oparty o ścianę i w akompaniamencie najlepszego przyjaciela, opowiadał
jakąś zaczarowaną historię towarzyszącej im dziewczynie. Lily nigdy wcześniej
jej nie widziała, a z koloru krawatu domyśliła się, że dziewczyna należy do jej
domu. Była odrobinę gorszą wersją Dorcas. Ciemne, lekko podkręcone włosy
sięgały jej pasa, a całkiem spore, nie pasujące do urody, niebieskie oczy w
kształcie migdałów otoczone były poprzez długie rzęsy. Ponadto, co zdążyła
zaobserwować, miała hipnotyzujący uśmiech, którym wywoływała u Pottera dość
dziwne, niekontrolowane zachowanie, które Lily widziała po raz pierwszy w
życiu.
- Kto to? – spytała, nim
zdążyła ugryźć się w język i siląc się na beztroski ton.
- Chodzi ci o tą dziewczynę,
która stoi obok Pottera? Elizabeth Brown. Dwa lata młodsza, codziennie siada w
fotelu niedaleko nas – odpowiedziała Dorcas, wzruszając ramionami. – Dlaczego
pytasz?
- Z ciekawości - posłała
przyjaciółkom wymuszony uśmiech i chwyciła je za ręce i pociągnęła do
Filcha.
- Od kiedy obchodzą cię koleżanki Pottera? - Dorcas była aż
za bardzo podejrzliwa.
- Potter w ogóle mnie nie obchodzi, a tym bardziej jego
koleżanki, więc możesz sobie darować i przestać szukać podtekstów, bo ich nie
znajdziesz. Jeżeli cokolwiek pomiędzy mną, a Jamesem się zmieni to możesz być
pewna, że będziesz pierwszą osobą, która się o tym dowie - Lily nie mogła się
pozbyć rozbawienia w głosie.
- Tak? To dlaczego...
- Remus. - Przerwała jej Lily. - Nie zauważyłaś, że od wczorajszego
wieczoru nigdzie go nie ma? Nie idzie też z resztą bandy do Hogsmeade.
- Nie zwróciłam uwagi... - szepnęła, rozglądając się
gorączkowo, chcąc odnaleźć omawianą grupę.
Na dłuższą chwilę zapanowała między nimi cisza. Lily
pogrążyła się we własnych myślach. Analizowała ostatnie kilka dni i dopiero
teraz uświadomiła sobie, że nie widziała Remusa już podczas wczorajszego
obiadu. Dorzuciła do tego to jak marnie wyglądał i stwierdziła, że musiało go
dopaść jakieś wstrętne choróbsko.
- Lily? Jak myślisz? - do jej
uszu dotarła w końcu wesoła paplanina Mary.
- Hmm? - odwróciła się szybko
i spojrzała na przyjaciółki nieprzytomnym wzrokiem. - Och, tak, tak.
Zdecydowanie jestem za! - uśmiechnęła się niepewnie.
Na moment zapanowała cisza, w
trakcie której Dorcas uniosła pytająco brwi, a Mary uśmiechnęła się z triumfem.
- Widzisz! Lily też uważa, że
powinno być więcej bali w Hogwarcie! Czym są zaledwie dwa? Jeden na święta, a
drugi na zakończenie szkoły, też mi coś!
Lily odetchnęła z ulgą i
posłała przepraszające spojrzenie Dorcas. Kilkuletnie doświadczenie nauczyło
ją, że w tego typu sytuacjach, kiedy pytającą jest Mary, cokolwiek by się nie
działo, zawsze należy przytakiwać. To było perfekcyjnym rozwiązaniem, ale
niosło za sobą ciężkie skutki. W tym przypadku, wysłuchiwały opowieści o
kolorowych sukienkach, idealnym manicure i jeszcze ważniejszym elemencie, a
mianowicie o butach, aż do samego Hogsmeade. Tam bez zastanowienia skierowały
swoje kroki prosto do Trzech Mioteł, gdzie zamówiły po piwie kremowym i, chcąc
nie chcąc, dalej rozprawiały o balu halloweenowym.
- Mam nadzieje, że w tym roku
będzie równie piękny jak poprzedni - rozmarzyła się Mary.
- A istnieje inna opcja? -
Lily wymieniła znaczące spojrzenie z Dorcas.
- Chyba nie rozumiem? -
Niebieskie oczy Mary, rozbłysły lekkim gniewem.
- Jesteś jedną z głównych
organizatorek, Mary! Nie pozwolisz sobie na to, żeby bal był nieperfekcyjny -
obie wybuchły śmiechem.
- Och! - Mary zamyśliła się
przez chwilę, intensywnie śledząc pojedynczo spadające krople deszczu. - Tak,
racja. Będzie idealnie! - zapiszczała.
- I oby tak było - Dorcas
pogroziła jej palcem. - Mam zamiar wyrwać w tym roku prawdziwego przystojniaka
- mrugnęła okiem i uśmiechnęła się znacząco.
- Oho! To oznacza tylko tyle,
że już jakiegoś wypatrzyłaś! - Mary natychmiast podjęła temat.
- Widziałyście tego
brązowookiego bruneta z siódmego roku? Nazywa się Thomas Smith i musi być
niesamowity! Jest w Huffelpuffie!
- Och, Dorcas - westchnęła z
dezaprobatą Lily. – Przed wakacjami twoją głowę zaprzątał niejaki Nicolas
Flinch. Skąd ta nagła zmiana?
- Daj spokój! – odpowiedziała
trochę urażona. – Poddałam się po trzeciej randce. To nudziarz… Wiesz, że
potrzebuję u mego boku kogoś, kto będzie równie szalony, co ja i będzie
potrafił mnie zaskakiwać!
- Widzę... - Lily przybrała
aurę tajemniczości i oplotła się ozdobnym szalem, perfekcyjnie udając
nauczycielkę wróżbiarstwa. - Och, kochanieńka! Toż to Syriusz Black!
- Aha! Chyba ponurak!
Cała trójka wybuchła
niekontrolowanym śmiechem, a następnie zamówiły po kolejnym kremowym piwie.
***
Kiedy za oknami zaczął
zapadać zmrok, dziewczyny nadal siedziały w Trzech Miotłach i nadal wesoło
rozprawiały o najświeższych nowinkach i wymieniały coraz to ciekawsze i
pikantniejsze ploteczki. Do ich stolika co rusz dosiadała się inna znajoma,
powodując, że w głowie Lily wszystko już zaczęło się mieszać! W dodatku, gdyby
nie to, że musiały wrócić do zamku na czas, zostałaby w pubie zdecydowanie
dłużej, zamawiając kolejne kremowe piwa i śmiejąc się do łez i bólu brzucha.
Pogada również nie była zachęcająca. Znów zaczął padać deszcz, a chmury
były ganiane niemalże lodowatym wiatrem. Nie była to typowa, wrześniowa pogoda,
ale ponoć taki miał być tylko ten weekend.
Szczelniej pozapinały kurtki,
a na głowy naciągnęły kaptury. Lily była w fantastycznym humorze. Padający od
blisko godziny deszcz narobił całkiem sporych kałuż, ale jej to bynajmniej nie
przeszkadzało. W pewnej chwili rozpędziła się i wskoczyła w jedną z
największych, ochlapując przy tym towarzyszące jej przyjaciółki.
- Hej! A może odwiedzimy dziś
Hagrida? - odwróciła się w ich stronę i przez moment szła tyłem.
- W sumie, czemu nie! -
wesoły nastrój Lily udzielił się Dorcas. Tylko Mary jakby lekko posmutniała.
- Nie lubię do niego chodzić
- mruknęła. - Ma tyle strasznych i jednocześnie dziwnych rzeczy w tym domku. I
robi paskudną tartę! Ostatnio natknęłam się w niej na pazur i jestem niemalże
pewna, że to tego ptaka, co wisi nieopodal kominka - aż się zatrzęsła.
- Ugh... Ale pamiętaj, że to
nasz przyjaciel! - dodała Dorcas pocieszająco i poklepała Mary po ramieniu.
- Proszę, proszę.
Prawdopodobnie jedyny przyjaciel i równie parszywy jak wy. - Usłyszały za sobą
szyderczy głos.
Odwróciły się natychmiast,
instynktownie wyjmując różdżki. Znały ten ironiczny ton zdecydowanie za dobrze.
Lucjusz Malfoy. Najbardziej bezlitosny i wyrachowany arystokrata w świecie
czarodziei. Był członkiem jednej z najbardziej wpływowych rodzin i zarazem
jednej z najbogatszych. Swoim złotem potrafili przekupić najbardziej
szanowanego człowieka w Ministerstwie. Ponadto pozbawiony był skrupułów i
wszelkich uczuć, które wiązały się ze współczuciem, miłością czy lojalnością.
Aktualnie zaręczony był z reprezentantką równie potężnego rodu, Narcyzą Black.
To dzięki niej, a właściwie dzięki Syriuszowi, wiedziały jak niebezpieczna i
nieprzewidywalna osoba stoi teraz przed nimi. Syriusz był bowiem spokrewniony z
Narcyzą i jej starszą siostrą - Bellą. Nie od dziś wiadomo było, że obie
rodziny miały się wkrótce połączyć poprzez małżeństwo Lucjusza z Narcyzą,
podobnie jak to, że obie rodziny szczodrze wspierają Voldemorta.
Lily nie miała pojęcia, co
ten człowiek robił aktualnie w Hogsmeade, ale wiedziała, że trzeba się zwijać -
i to szybko. Zwłaszcza, że Lucjusz wyglądał na osobę, która wiedziała z kim
miała do czynienia. Z niesamowitą uwagą przyglądał się każdej z nich i badał
najmniejszy detal, najmniejszy ruch. Lily poczuła się nieswojo. W głębi duszy
czuła również, że szykuje się coś większego. Coś... poważniejszego. Osoby,
które mu towarzyszyły nosiły dziwne maski, zakrywające ich twarze. Lucjusza
najprawdopodobniej brali za przewodnika, a on jako jedyny nie bał się ukazać
swojego oblicza. Coś w tym wszystkim jej jednak nie pasowało. Nie umiała jednak
powiedzieć co dokładnie.
- Moje drogie panie, odłóżcie
różdżki, bo zrobicie sobie krzywdę - uśmiechnął się ironicznie.
Palce Gryfonek jeszcze
mocniej zacisnęły się na trzymanym przed sobą drewnie. Dorcas drgnęła nerwowo i
zaczęła rozglądać się dookoła w poszukiwaniu jakiejkolwiek pomocy. Lily
natomiast nie odwracała wzroku od szarych tęczówek Lucjusza.
Śmierciożecy. Przeleciało jej przez
głowę, a uśmiech na twarzy Malfoy'a stał się jeszcze szerszy. Skinął głową i
utkwił w niej świdrujące spojrzenie.
- Zgadza się, panno Evans.
Fakt, że zna jej nazwisko
wywołał u niej lekki atak paniki. Zaczęła mieć drobne problemy z oddychaniem, a
ręka w której ściskała różdżkę niebezpiecznie zadrżała.
- Nierozsądne jest działać
pochopnie. Prawda, Severusie?
Ostatnie zdanie totalnie ją
zamroczyło. W głowie jej się zakręciło i poczuła jak nogi odmawiają jej
posłuszeństwa. Ktoś z kręgu wypchnął chłopca w za dużych szatach. Lily poznała
go od razu. Do oczu mimowolnie napłynęły jej łzy. Ich oczy spotkały się. Oczy,
które tak dobrze znała stały się nieprzeniknione i zimne. Severus wyprostował
się dumnie, a jego usta wykrzywił pół uśmiech. Wyglądał na odrobinę zagubionego
i speszonego, ale w pełni zadowolonego z takiego obrotu sytuacji.
- Sev? - głos Lily drżał od
nadmiaru emocji.
Bała się wykonać chociażby
najmniejszy krok i najmniejszy gest. Lucjusz co prawda nie trzymał różdżki, ale
na tym etapie, był zdecydowanie potężniejszym czarodziejem od niej. Może nawet
potrafił rzucać czar bez użycia różdżki?
- Och, Narcyzo, naprawdę nie
było nikogo ciekawszego? - po okolicy potoczył się echem kolejny głos.
Rozejrzała się nerwowo
dookoła, aż wreszcie dostrzegła jak Huncwoci wychodzą z Gospody pod Świńskim
Łbem. Uwieszona ramienia Lucjusza kobieta drgnęła i podążyła
chłodnym, lekko nieprzytomnym wzrokiem do miejsca, z którego dobiegł ją
dziecinny, drwiący głos. Sytuacja wyraźnie się zagęściła. W tym momencie towarzysze
Lucjusza powyjmowali różdżki i skierowali je na Syriusza, który
najprawdopodobniej nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia.
- Marnujesz się przy tym… -
głos Blacka był prawie beztroski. W dodatku uśmiechał się drwiąco i bez cienia
lęku zakończył swój wywód. - Czymś.
- No proszę, kogo my tu mamy!
- z kręgu wyłoniła się kolejna postać.
Bellatriks Lestrange. Starsza
siostra Narcyzy, która dopiero co poślubiła szanowanego przez społeczeństwo
Rudolfa. Ich opinia popsuła się w mgnieniu oka. Bella już kilkukrotnie
pokazywana była w gazetach, a jej zdjęcia opatrywano nagłówkami informującymi o
kolejnych mordach. Stała się jawną i najbardziej niebezpieczną popleczniczką
Voldemotra. Z każdą koleją zbrodnią coraz bardziej brutalna i bezlitosna w
swoich poczynaniach, wyraźnie ignorująca Ministerstwo i tych, którzy ją
ścigali. Aktualnie przetaczała między palcami różdżkę i mordowała spojrzeniem
najmłodszego z kuzynów.
- Nasz kochający szlamy
kuzynek. Powiedz mi jak to się stało, że z całej rodziny tylko ty stałeś się
takim odmieńcem? – Wysyczała Bellatriks.
- Daj spokój i odłóż tą
różdżkę, chyba nie chcesz zrobić sobie krzywdy, prawda? - postawa kuzynki
wyraźnie nie robiła wrażenia na młodym Blacku. W tym momencie Lily zaczęła się
zastanawiać jak często był świadkiem podobnych awantur i ile razy Bella
wymierzała w niego swoją różdżką.
Gdzieś z tyłu za plecami
Syriusza, delikatnie zbliżali się James z Peterem i przerażona Elizabeth. Lily
nie mogła jej winić. Ona sama ledwo utrzymywała różdżkę, a towarzysząca im
dziewczyna była o dwa lata młodsza od niej.
- Ja mam zrobić sobie
krzywdę? Co, jak co, ale żarty się ciebie trzymają. Znam o wiele potężniejsze
zaklęcia, takie o których nigdy ci się nie śniło. Pokażę ci, chcesz? – zapytała
Bellatriks z szyderczym uśmiechem, pomału zbliżając się w stronę Lily. – Ona
będzie idealna. Takiej szlamy nikt nie będzie żałował. Nauczę cię, Syriuszu!
Lily cofnęła się o krok i
wstrzymała oddech. Nie myśląc zbytnio nad tym co robi, wypowiedziała formułę,
jeszcze mocniej zaciskając palce na różdżce.
- Expelliarmus!
Zaklęcie chybiło o włos.
Bellatriks zaśmiała się ironicznie i bynajmniej nie zwolniła. Kiedy dzielił je
dystans mniej więcej czterech metrów, zatrzymała się i bacznie obserwowała
drgające paniką tęczówki Lily. Nim zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować,
Bellatriks w mgnieniu oka uniosła różdżkę i rzuciła zaklęcie.
- Criucio!
-Protego!
Tuż przed Lily wyrosła
tarcza, a zaklęcie odbiło się od niej i poszybowało w drugą stronę. Bella
rozejrzała się dookoła i wyraźnie rozjuszona zwróciła się teraz w stronę
Lucjusza.
- Nie chcemy ich
przestraszyć, Bello. Pamiętaj, że nieznane są plany Czarnego Pana - powiedział
wyraźnie znudzony, po czym schował swoją różdżkę.
- Od kiedy jesteś taki
ostrożny? – Rzuciła lodowatym tonem.
- Od kiedy plany się
skomplikowały. – Stwierdził, posyłając jej ostrzegawcze spojrzenie i ucinając
tym samym dyskusje.
W tym momencie z Trzech
Mioteł wyszedł dyrektor z McGonagall. Lucjusz musiał to dostrzec, ponieważ
skłonił się nisko. Dumbledore odwzajemnił gest, a następnie pomógł poprawić
szal profesor McGonagall.
- Życzymy spokojnego wieczoru
- Lucjusz ponownie zwrócił się do Lily i Huncwotów, po czym skłonił się nisko i
oddalił w kierunku dyrektora. To musiało być jakimś przesłaniem dla
Śmierciożerców, którzy natychmiast zniknęli w Gospodzie pod Świńskim Łbem, a
wraz z nimi Severus, obdarzając Lily ostatnim triumfującym spojrzeniem.
Dopiero kiedy za ostatnim
osiłkiem zamknęły się drzwi, a głosy nauczycieli i Malfoy'a ucichły w oddali
cała ósemka odetchnęła głęboko.
- Co to, do cholery było? -
Dorcas zaczęła się trząść.
Black wzruszył ramionami i
nic sobie z tego nie robiąc, powoli ruszył w stronę zamku. Reszta stała jak
zaklęta, nie mogąc wykrztusić z siebie chociażby pół słowa.
- Zapytałam cię, co to do
cholery było! - Dorcas najwyraźniej traciła cierpliwość. Głos jej się
delikatnie trząsł, a oddech stał się szybki i urywany.
Łapa musiał zrozumieć, że owe
pytanie jest kierowane do niego, bo zatrzymał się i odwrócił, patrząc na Dorcas
z niezrozumieniem.
- Moja kuzynka?
- zironizował, unosząc obie brwi.
- Serio? - wydyszała, ledwo
łapiąc oddech.
- Ta, nawet dwie. - Wzruszył
ramionami i zaczął iść dalej.
- Cholera jasna, Black!
Mogliśmy zginąć!
- Nie.
- Przepraszam?!
- Nie ma za co.
- Pieprzony gnojek! -
krzyknęła chwytając kamień z ziemi i rzucając w jego oddalającą się sylwetkę.
Musiało go to wkurzyć, bo nagle zawrócił i w trzy sekundy znalazł się przy
niej.
- Licz się ze słowami,
Meadowes. Gdyby chcieli cię zabić, już byłabyś martwa. Nie pomyślałaś? -
uśmiechnął się ironicznie. - Są typowymi Ślizgonami. Nie zrobią niczego, na co
nie zezwoli im ten cały Czarny Pan.
Posłał znaczące spojrzenia
chłopakom i ponownie skierował swoje kroki w stronę zamku. Po raz kolejny tego
wieczoru, wszyscy wzięli głębsze oddechy. Lily opadła bezsilnie na rozmokłą
ziemię, oddychając ciężko. Dorcas stała dokładnie w tym samym miejscu, w którym
zostawił ją Syriusz, powstrzymując szloch. Mary wtuliła się w Elizabeth,
wyraźnie przestraszona. Pierwszy doszedł do siebie James. Rozejrzał się
dookoła, a następnie podszedł do leżącej na ziemi Lily.
- Hej, wszystko w porządku? -
spytał, wyciągając dłoń.
- Tak, dzięki - starała się
uśmiechnąć, ale na niewiele się to zdało. Pochwyciła rękę i wstała, otrzepując
ubranie.
- Lepiej się zwijajmy, nigdy
nie wiadomo kiedy wrócą i co im strzeli do głowy.
Kiwnęła głową, ale nie
ruszyła się z miejsca. Wzrokiem odprowadziła Petera, który przytulił do siebie
Dorcas i powoli zaczął z nią iść tą samą ścieżką, którą szedł Black. Odwróciła
głowę, aby odszukać Mary, która odkleiła się w końcu od Elizabeth i biegła
zapłakana do Lily. Jęknęła w duchu, ale rozłożyła ramiona i pochwyciła w nie
przyjaciółkę. W tym samym czasie James tulił już Brown. Spojrzeli na siebie
porozumiewawczo, a następnie wspólnie ruszyli do zamku.
***
Kolejne kilka dni nie przyniosły niczego dobrego, ani nowego. Z czasem zarówno Mary jak i Dorcas zapomniały, a może raczej przeszły do porządku dziennego nad wydarzeniami z Hogsmeade. Tutaj, w zamku, były w końcu bezpieczne. Lily natomiast nie potrafiła wyzbyć się obrazu, w którym widziała triumf i jakby lekką satysfakcję w oczach Lucjusza. Przeciągnął na swoją stronę Snape'a i to po to był wtedy w wiosce, co do tego nie było wątpliwości, ale nie miała pojęcia dlaczego było ich tam aż tylu. I rozmowa z Dumbledorem... To wszystko było strasznie pokręcone.
Życia nie ułatwiali jej
również Huncwoci. Potter ostatnio znów chwycił wiatr w żagle i w kółko
przesiadywał w pokoju wspólnym, a towarzyszyła mu nowa zdobycz - Elizabeth
Brown. Dziewczyna siedziała dumna jak paw i na każdą przechodzącą dziewczynę
patrzyła z góry. Czuła się jak gwiazda i nieustannie była w centrum uwagi. Z
min Huncwotów, Lily domyśliła się, że nie są zadowoleni z takiego obrotu
sprawy.
Męczyła ją też sprawa Remusa. Na zajęciach pojawił się
dopiero we wtorek i wcale nie wyglądał lepiej. Pod oczami miał jeszcze większe
sińce, a do tego na twarzy i ramionach miał liczne zadrapania. Na pierwszy rzut
oka widać też było, że dużo ciężej mu się oddycha i lekko kuśtykał na prawą
nogę. Tym, co przerażało ją najbardziej, był fakt, że reszta jego kolegów wcale
nie zwracała na niego uwagi. Mało tego traktowali to tak, jakby to było
normalne. Sam Remus unikał rozmów na ten temat, a ją samą spławił stwierdzeniem,
że przegrał zakład z Jamesem o to, że też poradzi sobie jako ścigający przez co
spadł z miotły i lekko się poobijał.
Aktualnie siedziała w
bibliotece i borykała się z wypracowaniem dla McGonagall na temat transmutacji
ludzkich. Trzymała już w dłoniach trzy opasłe tomy i właśnie sięgała po
kolejny. Zamyślona straciła równowagę i książki, które trzymała w dłoniach
rozsypały się na podłodze. Jęknęła i zaczęła je zbierać. Kiedy się podniosła,
James podał jej ostatnią zgubę i uśmiechnął się zalotnie. Próbowała go
odwzajemnić, ale chyba jej to nie wyszło.
- Wisisz mi Kremowe Piwo!
James wyraźnie nie zauważył,
że nie jest w nastroju na dyskusję. Nie odpowiedziała. Jej wzrok przykuł
siedzący nieopodal Severus. Pochylał się nisko przy stoliku i pisał coś
zawzięcie piórem po pergaminie. Bez słowa wyjaśnienia wyminęła Pottera i z
buntowniczą miną poczłapała do stolika, który zajmował Snape. Rzuciła książki
na blat robiąc odrobinę za duży hałas. Nie zwrócił na nią uwagi.
- Cześć.
Severus przestał bazgrolić i bardzo powoli podniósł głowę.
Widząc, kto się do niego przysiadł, rozejrzał się na boki, jakby chciał się
upewnić, czy aby na pewno mówiła do niego, a następnie odłożył pióro i
prostując się na krzesełku zaczął się w nią wpatrywać.
- Co słychać? - Palnęła, lekko zbita z tropu
przenikliwością jego spojrzenia. Uniósł brwi w zdziwieniu.
- Cóż za piękny banał, Evans - rzucił sarkastycznie i
splótł palce obu dłoni. - Pomijając tę żałosną część na temat mojego życia
prywatnego, które w żadnym stopniu nie powinno cię interesować, tak jak mnie
nie interesuje twoje, przejdźmy do głównego powodu, dla którego marnujesz swój
cenny czas siedząc tu ze mną.
Jego ton był tak oschły i lodowaty, że Lily przeszedł
dreszcz. Pomimo wszystko spłonęła rumieńcem, ale nadal utrzymywała kontakt
wzrokowy.
- Chciałabym wiedzieć, co ci strzeliło do głowy. Po jaką
cholerę włóczysz się ze śmierciożercami, dołączyłeś do nich? Po co? Sev, komu i
co starasz się udowodnić? - Jej głos lekko się złamał. Nie bardzo kontrolując
też swoje zachowanie, chwyciła jego ręce i ścisnęła. Wykrzywił usta w złośliwym
uśmiechu. Jeszcze przez chwilę wpatrywał się w nią, jakby szukał jakiejś
odpowiedzi. W końcu uwolnił się od jej uścisku i poprawił szatę.
- Obawiam się, że wszystkie te sprawy nadal dotyczą mojego
życia prywatnego, Evans. To z kim się spotykam jest tylko i wyłącznie moją
sprawą. Żeby jednak uspokoić twoją gryfońską nadopiekuńczość i żałosną chęć
niesienia pomocy innym, nawet tym, którzy jej nie potrzebują, bądź pewna, że
nikomu niczego udowadniać nie muszę.
- Severusie...
- Zbliża się moment, w którym wszyscy będą musieli się
opowiedzieć za którąś ze stron. Ty zadecydowałaś dwa lata temu. Nie rozumiem
więc dlaczego teraz, po takim czasie przychodzisz tu i wtrącasz się, jakbyśmy
nadal byli przyjaciółmi. Widzę, że przyjaźń z Potterem już daje pierwsze
rezultaty. Chcesz być tak samo ważna jak on, czy po prostu wielkie ego jest
waszą nową cechą, którą Tiara Przydziału bierze pod uwagę podczas Ceremonii
Przydziału?
- Jak możesz? - Jej ton przybrał na sile. Poczuła jak
ogarnia ją gniew. - To, że nasze drogi się rozeszły wcale nie oznacza, że
przestałeś być dla mnie ważny!
Wyrzuciła z siebie, parując od emocji. Twarz Severusa
zmieniła się diametralnie. Oczy rozszerzyły mu się i Lily miała wrażenie, że
lada moment wyskoczą mu z orbit. Zacisnął usta i pięści, a twarz przybrała
jeszcze bledszy odcień niż zazwyczaj. Nagle pochylił się gwałtownie do przodu,
aż Lily cofnęła się odrobinę na krześle wystraszona.
- Jakim prawem śmiesz tu siedzieć i powoływać się na coś,
co jest tylko cieniem z przeszłości? Nie chce i nie potrzebuję twojej pomocy, a
nawet jeżeli bym jej potrzebował, byłabyś ostatnią osobą do której bym po nią
przyszedł, Evans.
Zrozumiała, że właśnie zakończył rozmowę. Nie miała zamiaru
się go o nic prosić, więc podniosła się z krzesełka i zebrała swoje rzeczy.
- Żałuję, że tak wyszło.
Prychnął i wziął do ręki pióro.
- Ja nie.
I pochylił się nad pergaminem, wracając do bazgrolenia.
Zacisnęła szczęki i opuściła opustoszałą już bibliotekę. Nie byłby sobą, gdyby
nie odprowadził jej wzrokiem.
***
- Aua! – Ledwo przekroczyła próg, ktoś czymś we nią rzucił.
Książki, które niosła po raz kolejny wypadły jej z rąk. Wywróciła oczami i
jednym machnięciem różdżki odesłała je na najbliższy stolik.– Który to? – warknęła,
podchodząc do psocących nieopodal pierwszoroczniaków. Wybuchli śmiechem. –
Który to? – powtórzyła, mrużąc oczy, na prawdę nie była w nastroju do takich
zabaw.
- Co tam chowasz? –
zapytał Remus, który właśnie wszedł do pokoju wspólnego.
- Ach - uśmiechnęła się
z satysfakcją i podeszła do czarnowłosego malca. Spojrzał na nią lekko
przestraszony. Miał duże orzechowe oczy, a na jego nosie tkwiły okulary. Był
wierną kserokopią Pottera. – Oddaj – zażądała i wyciągnęła rękę.
Malec posłusznie oddał jej worek
i natychmiast uciekli do swojego dormitorium. Potrzasnęła nim delikatnie, coś
zabrzęczało więc bez namysłu zajrzała do środka później otworzyłam. W środku
pełno było śmiesznych, a zarazem dziwnych przedmiotów.
- Ciężki dzień, co? -
Zapytał Remus, patrząc na nią z troską.
BUM! Zaczęła się dusić. Chmura dymu uniosła
się w powietrze i utrudniła zaczerpnięcie powietrza.
- Nic mi nie jest –
wykrztusiła, machając rękami, żeby rozpędzić czarny dym.
- Pięknie wyglądasz.
- Odwal się, Potter! –
syknęła, opadając na jedyny wolny fotel.
Z obrzydzeniem odrzuciła
worek należący do pierwszoroczniaka.
- Wypadek przy pracy? –
zapytał, opierając się o oparcie fotela, na którym siedział Remus.
- Nie twój interes –
rzuciła ozięble i zaczęła czyścić swoją szatę.
- Och, Evans, poczekaj!
Pomogę ci! – krzyknął i, nim zdążyła się odezwać, on już wypowiadał formułkę:
– Chłoszczyć!
- Potter! – krzyknęła.
Z jej ust wyleciało
kilkanaście baniek mydlanych. Wytrzeszczyła oczy w osłupieniu. Nie do końca
wierząc w to, co się dzieje, kilkukrotnie to otwierała to zamykała usta. Za
każdym razem wylatywało z nich po kilka baniek. Spojrzała na niego wściekła.
- Ja tylko chciałem ci
pomóc! – powiedział i zaczął się śmiać, a reszta przyjaciół dołączyła do niego.
-
Niech ja cię tylko dorwę! – syknęła i podniosła się z miejsca.
- Czekam! - Roześmiał się i
posłał jej wyzywające spojrzenie.
Niewiele myśląc złapała
różdżkę i wystartowała w jego kierunku. W pierwszej chwili wydawał się być
zaskoczony, ale jak znalazła się zbyt blisko, zaczął uciekać. Goniła go po
całym pokoju wspólnym, co chwila rzucając kolejną serią zaklęć, które
przelatywały nad jego głowa. Wszyscy, którzy byli tego świadkami płakało ze
śmiechu widząc z jaką łatwością James jej się wymyka i jak Lily wypuszcza coraz
to więcej mydlanych baniek. W pewnym momencie Potter zamiast uciec w prawo,
skręcił w przeciwną stronę. Ruda machnęła różdżką i z satysfakcją obserwowała
jak potyka się o własne nogi i ląduje... prosto pod nogami profesor McGonagall,
która właśnie weszła do wieży Gryffindoru.
- Evans! Potter! – Posłała im surowe spojrzenie.
- Pani profesor –
rzuciła Lily, przełykając głośno ślinę.
- Co to za wygłupy!
Potter, natychmiast mi się podnieś!
- Chciałbym, pani
profesor! - jęknął, leżąc na podłodze.
- No, tego jeszcze nie
było! Szlaban!
- Ale...
- Bez dyskusji! Jutro o
dziewiętnastej w moim gabinecie!
Lily westchnęła i wywróciła oczami. Cofnęła też zaklęcie,
którym powaliła Jamesa. Ku jej zaskoczeniu Potter wyszczerzył się w uśmiechu.
- Bawi cię to?! –
rzuciła oschle.
- Kochanie! Dostaliśmy
szlaban oboje!
Nie potrafiła się nie uśmiechnąć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz