środa, 5 lipca 2017

022.

Wybaczcie...

Nie za bardzo wiem, co Wam powiedzieć. Nawet nie wiem kiedy przeleciały te dwa miesiące...

W każdym razie... Jeżeli ktokolwiek, kiedykolwiek powie Wam, że ciąża to fantastyczny i magiczny okres w życiu kobiety... Nie wierzcie.

Może i jest magiczny, ale na pewno nie jest tak słodko, jak najstarsi Indianie głoszą... heh :)




Uliczkę Privet Drive pochłonął naturalny gwar. Ludzie śpieszyli się do sklepów, kościoła, do rodziny… Kobiety uruchamiały miksery, kręciły babki, tłukły schabowe. Inni natomiast wychodzili na ulicę i krzyczeli do sąsiadów „dzień dobry” tak głośno, żeby słychać ich było w promieniu stu metrów, a następnie schylali po gazetę, albo kiwali przejeżdżającemu znajomemu. Tak. To właśnie było Privet Drive. Malutka uliczka, na której wszyscy wszystkich znali i na której każdy grał jakąś rolę. Nie można tu było być sobą. Trzeba było być idealnym. Mieć idealny samochód i nienaganne maniery… Jeżeli ktoś odbiegał od ustalonych wytycznych, mówili o nim tak długo, dopóki się nie podporządkował.
Na swoje nieszczęście od owych wytycznych odważyła się odejść pewna rodzina… Poprzedniego wieczoru nie przestrzegali ciszy nocnej. Ich śmiechy, głosy, toasty, a przede wszystkim muzykę było słychać do wczesnych godzin rannych! W dodatku na idealnie przystrzyżonym trawniku został rozłożony potężny namiot, który nijak nie pasował do urokliwego charakteru tejże uliczki!
Ślub najstarszej córki Evansów, wzbudził niemałe zainteresowanie wszystkich w okolicy… Z samego rana ci, którzy nie byli na uroczystości i byli w stanie wygrzebać się ze swoich wygodnych łóżek, zaglądali przez ogrodzenia, wyciągali szyje, a nawet specjalnie zatrzymywali się przed frontowymi drzwiami, aby porozmawiać z przypadkowo spotkanym znajomym. Okolica wręcz huczała od plotek i sianych domysłów. Jeden z sąsiadów twierdził nawet, że para młoda z kościoła wróciła w karocy prowadzonej przed trzynaście białych kucyków! Każdy ze zniecierpliwieniem wyczekiwał na wyjście właścicieli. Wręcz prześcigali się, aby być tym, kto pierwszy będzie miał okazję usłyszeć wiadomości z pierwszej ręki, aby móc iść i opowiadać to dalej!
Tymczasem część gości nadal słodko spała nieświadoma tego, że pod ich oknami wyczekuje mały tłumek. Petunia Dursley od godziny siedziała w jadalni(oczywiście w pełnym makijażu i kompletnie ubrana) i pożerała niskokaloryczne płatki z mlekiem, przeglądając jednocześnie prezenty ślubne spoczywające w salonie. Z pierwszy oględzin wywnioskowała, że w razie przeprowadzki, będzie miała wstępne wyposażenie dla ich małego gniazdka. I chociaż trudno jej to przychodziło, musiała przyznać, że te prezenty były wspaniałe… Porcelanowa zastawa dla dwunastu osób, komplet srebrnych sztućców, kawowe firanki do salonu, komplet ręcznie haftowanych ręczników…
Westchnęła, odstawiła na stolik miskę z niedopitym mlekiem i z szerokim uśmiechem podeszła do kominka, na którym leżał plik zdjęć z poprzedniego wieczoru. Na pierwszym widniała ona i jej mąż. Z satysfakcją stwierdziła, że ich postawa była idealna. Na kolejnym była ona z rodzicami, później z wujostwem, z chrzestnymi, później z kimś od strony Vernona, a później… Ogarnęła ją fala wściekłości. Na fotografii widniał ten cholerny dziwoląg! Z niesmakiem przerzuciła kilka kolejnych zdjęć z przerażeniem notując, że… na każdej kolejnej widnieje ta sama postać! James, o ile się nie myliła! Kretyn, który ośmielił się zepsuć jej idealne przyjęcie! Nie ważne, że ludzie fantastycznie się bawili, że wychodzili ze smutkiem na twarzach, że błagali o jeszcze jedną, ostatnią piosenkę, że wesele się przedłużyło o blisko trzy godziny. To było nie ważne! Bo to ON, ten cholerny dziwoląg ośmielił się być w centrum uwagi! Zwalił ją z piedestału i robił furorę! Kochali go wszyscy! Jej matka wręcz promieniała, kiedy był obok! I ta piekielna przemowa!
- Yghm! – krzyknęła wściekła i cisnęła fotografie ku niebu.
Rozsypały się po całym pokoju. Nic jej to nie pomogło. Nadal była wściekła i czuła, że jeszcze chwilę, a straci panowanie nad sobą i zacznie krzyczeć, jak nienormalna… A przecież nie mogła! Jak zrobi awanturę, to co sobie pomyśli jej śpiący na górze mąż? Musiała zacisnąć zęby i trzymać nerwy na wodzy. Obiecała sobie, że nigdy nie okaże takiej słabości przy nim. Wzięła więc głęboki oddech, uniosła dumnie głowę i udała się do kuchni. W takich chwilach dopadała ją przemożna chęć na słodkie! Po drodze przypomniało jej się, że nie dojadła niskokalorycznych płatków! Z lekkim grymasem podeszła do stolika i chwyciła szklaną miskę. To, co w niej zobaczyła, raczej jej nie pomogło… Część fotografii wylądowało w jej płatkach… Żołądek upomniał się o swoje głośnym burknięciem… doskonale wiedziała, że na dnie tej pieprzonej miski, spoczywa ich ostatnia porcja! Z lekkim obrzydzeniem wyjęła plik mokrych kartek i odrzuciła na stolik. Rzuciła krótkie spojrzenie i wybałuszyła oczy… do jej miski wpadły te, na których była ona z Vernonem. Jedyne, które mieli, bo na całej reszcie widniał ten kretyn!
Zamknęła oczy i zaczęła liczyć do dziesięciu. Kiedy doszła do ośmiu, krzyknęła głośno i cisnęła miską przez caluteńki pokój… Brzdęk szkła potoczył się po mieszkaniu. Kilka osób stojących przed domem, zwróciło głowy w owym kierunku. Na ich twarzach malował się wyraz zainteresowania i satysfakcji. A więc jednak coś poszło nie tak!

***

Przeciągnęła się, a na jej ustach wykwitł delikatny uśmiech, kiedy poczuła, jak jego usta muskają jej odkryte ramiona. Czuła się wspaniale. Taka bezpieczna, bezbronna i taka… JEGO! Zachichotała, kiedy jego dłonie spoczęły na brzuchu. Uśmiechnął się z satysfakcją. W jego oczach pojawił niebezpieczny błysk. Nie zastanawiając się ani minuty dłużej i przypominając sobie, jakie to stworzenie ma łaskotki… Z jej ust wydobył się głośny, melodyjny pisk. Przerywany niekontrolowanym chichotem. Co jakiś czas udało jej się wysapać prośbę o to, aby przestał. Wtedy dawał jej trzydziestosekundową chwilę oddechu po czym ponownie rozpoczynał atak.
- James… Błagam! – wysapała, pomiędzy chichotami.
- Mhwm! – dobiegł ich czyjś niezadowolony głos.
Natychmiast przestał ją łaskotać. Spojrzeli na siebie zdumieni. Przez chwilę nasłuchiwali, próbując zlokalizować źródło owego odgłosu. Nie od razu dotarło do niej, że na materacu śpi Spencer. Zupełnie zapomniała, że jej kuzynka przyjechała na tą uroczystość. Dziewczyna tak zaszalała na wieczorze panieńskim, że niemalże połowę ceremonii i jakieś trzy czwarte imprezy spędziła w toalecie. Widok lekko pozieleniałej dziewczyny wywołał u niej kolejny napad śmiechu.
- Lily! – warknęła i nakryła twarz kołdrą.
Rudowłosa wtuliła twarz w tors Jamesa jednocześnie starając się opanować. Wzięła głęboki oddech i spojrzała na zegarek. Trzynasta. Uśmiechnęła się promiennie, pocałowała chłopaka w policzek i, tak szybko, jak mogła, biorąc pod uwagę aktualne zagracenie pomieszczenia, udała się do łazienki.
Kiedy trzydzieści minut później weszła do kuchni nie potrafiła ukryć zaskoczenia na widok pałaszującej chrupki Petunii i krzątającej się mamy.
- Dzień dobry! – powiedziała wesoło i uścisnęła rodzicielkę. Petunia skrzywiła się na ten widok. Ruda wywróciła oczami i sięgnęła po sok pomarańczowy.
- Lily kochanie, zjesz naleśnika?
- No jasne! Mamuś… - zaczęła, ale jej przerwano.
- Zastanawiamy się z Vernonem, jak powinniśmy zamieszkać! No, bo wiesz... Tutaj jest znacznie więcej miejsca i jestem silnie przywiązana do tego domu. Natomiast u Vernona… - urwała i spojrzała znacząco na rudowłosą stojącą jakieś dwa metry od niej.
- Przecież mnie i tak przez większą część roku nie ma w domu! – oburzyła się – Poza tym, to, że jestem czaro…
- Zamknij się! – syknęła i z niepokojem rozejrzała dookoła – To, że jesteś tym dziwolągiem nie oznacza, że możesz o tym gadać, kiedy ci się podoba!
- Ten dom, jest tak samo moim, jak i twoim domem! I będę w nim robić, co mi się tylko podoba! – warknęła i ku przerażeniu starszej siostry, wyjęła swoją różdżkę.
- Mamo! – krzyknęła spanikowana.
- Dziewczynki – westchnęła, załamując ręce – I wy jesteście pełnoletnie? Zachowujecie się gorzej, niż przedszkolaki…
- To ona zaczęła! Sama widzisz, że tu się nie da mieszkać! Ta… ta… to coś za kilka miesięcy wróci tu na stałe!
- Jestem KTOŚ, a nie coś! Jak to się stało, że zdałaś egzaminy nie potrafiąc rozróżnić tak podstawowych faktów?! – oburzyła się, ale Petunia ją zignorowała.
- I będzie wywijać tym kawałkiem drewna na prawo i lewo! Wybacz mi mamo. Wiem, że rozmawiałyśmy, że najprawdopodobniej zajmiemy górę, ale w tej sytuacji…. – zająknęła się teatralnie – Albo ona, albo ja!
Lily wytrzeszczyła oczy w zdumieniu. Jakim prawem jej siostra każe wybierać ich matce?! Przecież ona również należy do tej cholernej rodziny! Przez większą część roku siedzi w szkole. Przyjeżdża na święta i musi znosić te pieprzone humorki starszej siostry! Czy ona nie rozumie, że tak rzadko się widują, że rodzice mają prawo się nad nią rozczulać?! Ją mają na co dzień! Spojrzała wyczekująco na mamę, ale ta milczała.
- Dziewczynki – westchnęła w końcu i opadła na stołek – Boli mnie, że po tylu latach nie potraficie się dogadać. Obie jesteście moim córkami i obie was kocham nad życie! Ale… - spojrzała na nie uważnie – Na pewno zdajecie sobie sprawę z tego, że przyjdzie taki czas, kiedy nas zabraknie… Zarówno mnie, jak i ojca… Musicie się dogadać… Zostaniecie wtedy zupełnie same. Jesteście najbliższą rodziną i…
- Och daj spokój! – warknęła blondynka i podniosła się gwałtownie z miejsca – Faworyzujecie Lily odkąd przyszedł ten cholerny list! Wiecznie tylko Lily to, Lily tamto! Jesteśmy z ciebie tacy dumni bla, bla, bla! Zdobywałam wyróżnienie za wyróżnieniem, a nigdy nie dostawałam od was tyle miłości i zrozumienia! Nigdy, żadna z moich ocen nie wywołała u was takiego uśmiechu, jak te jej wymysły! Nigdy nie przeżywaliście ze mną, kiedy szłam na egzamin! NIGDY! A z nią?! Trzęsłaś się niczym galareta, jak oczekiwała tej piekielnej sowy z wynikami! Siedziałaś i pocieszałaś, zaparzałaś meliskę na uspokojenie! A teraz jeszcze każesz mi się z nią pogodzić?!
- Myślisz, że tego wszystkiego chciałam?! – gryfońska odwaga dała o sobie znać – Byłaś moją starsza siostrą! Pieprzonym autorytetem! Wzorowałam się na tobie! Byłaś moją ukochaną siostrą i pomyśleć, że ta chora zazdrość tak nas zniszczyła!
- Zazdrość?! Zazdrość?! – Petunia wyglądała tak, jakby miała dostać szału – Ty chyba nie wiesz, co mówisz! Mam ci zazdrościć tego, że izolują cię od normalnych ludzi i trzymają w tej szkole dla dziwolągów?!
- Tam też są normalni ludzie! Dlaczego nie potrafisz tego zrozumieć?! Jestem taka sama, jak TY!
- TY NIGDY NIE BĘDZIESZ TAKA SAMA! – wydarła się i uderzyła pięściami w blat stołu – Już na zawsze będziesz tym chorym, nienormalnym dziwolągiem, który czuje się bezpiecznie przy tym pieprzonym kawałku bezużytecznego drewna! Gdyby to ode mnie zależało, to teraz by cię tu nie było! Wiedziałam, że spieprzysz mi przyjęcie. Wiedziałam, że zrobisz wszystko, żeby mnie upokorzyć!
- Czy ty się słyszysz? – głos rudowłosej delikatnie drżał od nadmiaru emocji.  Gotowało się w niej. Ogarniała ją furia i czuła, że jeszcze chwila, a obudzi się w niej dawna Lily. Lily, która potrafiła wydzierać się na Jamesa blisko dwadzieścia cztery godziny na dobę. To nie wróżyło niczego dobrego – Cieszyłam się na ten ślub! Miałam wręcz chorą nadzieję, że może jakimś cudem pomoże ci to wydorośleć i że nareszcie się do siebie zbliżymy. Boże! – zaśmiała się histerycznie – Wszyscy dookoła mówili mi, że będzie cudownie, a ja idiotka w to uwierzyłam! A ty na każdym kroku starałaś się mnie upokorzyć! Starałaś się pokazać, że jestem gorsza i nic nie warta! – ukryła twarz w dłoniach i pokręciła z niedowierzaniem głową – Ty się nie zmienisz. Już zawsze tak będzie… A ja co rok, co wakacje wierzyłam, że któregoś pięknego dnia podejdziesz i mnie przytulisz. Powiesz, że jestem twoją małą siostrą… - spojrzała na nią z wyrzutem, ale ta wybuchnęła śmiechem.
- Jesteś żałosna. Mamo – zwróciła się w kierunku siedzącej przy stole kobiety. Wyglądała tak, jakby się postarzała o dobre piętnaście lat – Wyprowadzę się, jak tylko goście opuszczą ten dom – stwierdziła wyniośle i ruszyła w kierunku drzwi.
- Gdzie? – wyrwało się z jej ust, zanim zdążyła ugryźć się w język.
- O tak, to na pewno twoja sprawa, dziwolągu – wykrzywiła usta w ironicznym uśmiechu.
- Świetnie! – warknęła i wyprostowała się dumnie – Wiesz… i tak się dowiem – pomachała jej różdżką przed nosem – My, czarodzieje, mamy na to swoje sposoby!
- Nie odważysz się… - wyszeptała przerażona.
- A mam cokolwiek do stracenia?
- Nie odważysz się! Nie pozwalam ci!
- A co mnie to obchodzi? Jakim prawem, śmiesz mi czegokolwiek zabraniać? – uśmiechnęła się drwiąco.
- Mamo! – krzyknęła histerycznie.
- DOŚĆ! – kobieta poderwała się z miejsca tak gwałtownie, że aż obie podskoczyły. Coś w jej postawie, kazało im milczeć – Znosiłam to przez całe siedem lat. Liczyłam na to, że nadejdzie taki dzień, że się dogadacie, że się pogodzicie. Byłam w błędzie. Obie jesteście moim córkami i, jak już powiedziałam, obie was kocham! Ale mam dosyć patrzenia na ten cyrk! Możecie się nie znosić. Możecie nienawidzić, ale ja mam dość. Ranicie swoim postępowaniem zarówno mnie, jak i ojca… - urwała. Obie czekały w milczeniu. Kobieta podeszła do jednej z szafek i wyciągnęła z niej białą kopertę, po czym zwróciła się do starszej z córek – Skoro tak bardzo ci zależy… - mówiła z trudem. Głos jej się delikatnie trząsł. Petunia wyrwała jej kopertę i zaczęła otwierać. Ruda drgnęła zainteresowana.  – Mieliście to otrzymać przy wieczornej kolacji. Remont jest jeszcze nie skończony…
- O Boże… - szepnęła, kiedy na jej rękę wypadł mały, złoty kluczyk – O Boże! – krzyknęła z niedowierzaniem wpatrując się matkę.
- Możecie zacząć się wprowadzać w okolicach wtorku. Wszystko zostało pomalowane i urządzone dokładnie tak, jak chciałaś… - szepnęła ze łzami w oczach. W normalnych okolicznościach, rudej na pewno zrobiłoby się przykro, że zraniła rodzicielkę. Teraz jednak była na skraju wytrzymałości.
- Żartujesz?! Dajesz jej dom, chociaż przez te wszystkie lata praktycznie nic nie robiła?! Zawsze wszystko było na twojej głowie! Jej wiecznie nie ma! Chodzi nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z kim! Nie ma do ciebie szacunku, nie pomaga, a o wszystko się wykłóca, a wy…
- A ty tu jesteś cały czas, Lily? – mama posłała jej pełne bólu spojrzenie. Dziewczyna otworzyła usta zaskoczona takim obrotem spraw. Nie spodziewała się takiej odpowiedzi. Mało tego, rodzicielka po raz pierwszy użyła takiego tonu w rozmowie z nią. Petunia wykrzywiła usta w triumfującym uśmiechu. – Łatwo oceniać innych, podczas gdy samemu się nic nie robi, prawda? – i nie czekając na odpowiedź, opuściła kuchnię.
- No proszę… - Lily przygryzła wargę. Czuła się strasznie głupio. Jej również wydawało się, że rodzice bardziej ją kochają. Nie ze względu na to, że była kim była… Może raczej dlatego, że była młodsza - W życiu bym się nie spodziewała, że doczekam momentu, w którym ukochana Liluś, spadnie tragicznie w dół i przestanie być taka…. Idealna! – roześmiała się i wymachując kluczem, opuściła kuchnię, pozostawiając w niej rudą wraz z piekącymi wyrzutami sumienia.

***

Siedziała w kuchni przy stole, a w rękach trzymała fotografię. Rudowłosa dziewczynka, mająca wtedy nie więcej niż cztery latka, stała przytulona do drugiej, blondynki. Tuż nad nimi górowała uśmiechnięta para – rodzice. Westchnęła i ukryła twarz w dłoniach. Czy to wszystko, co jest między nimi, to napięcie, kłótnie, jest spowodowane tym, że trafiła do Hogwartu? Wiedziała, że Petunia ma z tym problem odkąd tylko się dowiedziała, że ona jest inna, ale nie miała pojęcia, że jej mama również ma o to żal…
Przez te wszystkie lata, żadne z rodziców nie dało jej odczuć, że jest źle. Wręcz przeciwnie. Zawsze, kiedy przyjeżdżała byli szczęśliwi, że mają ją znów w domu. Spełniali każdą jej zachciankę, wyprawiali przyjęcia, zabierali do zoo i do cyrku, a nawet znosili to, że spraszała koleżanki! Przecież Dorcas z Mary spędzały u niej niemalże każde święta i wakacje! Na ten krótki okres zawsze czekała z utęsknieniem. Te krótkie chwile dawały jej poczucie, że nadal jest członkiem tej rodziny. Kochanym członkiem rodziny…
Wiedziała, że mama wylewa miliardy łez przed każdym jej wyjazdem. Nawet jeżeli oszukiwała cały świat, że cieszy się z tego, że jej córka jest wyjątkowa to w głębi duszy przeklinała dzień, w którym jej ukochane dziecko musiało opuścić dom. Miała wtedy ledwie jedenaście lat…
Ktoś położył rękę na jej plecach. Drgnęła delikatnie i uśmiechnęła niewyraźnie na widok orzechowych oczu. Usiadł obok niej i spojrzał na fotografię.
- No proszę! – wyszczerzył zęby – Macie podobne nosy! – stwierdził rozbrajająco przystawiając zdjęcie do jej twarzy.
Nie roześmiała się. Wykrzywiła tylko usta i wtuliła mocno w jego pierś tłumiąc jednocześnie szloch. Westchnął zrezygnowany. Odrzucił fotografię i objął ją szczelniej ramieniem. Drugą ręką gładził jej włosy, wiedział, że ją to uspokaja. Mijały kolejne minuty, a oni tylko siedzieli. Wiedział, że nie może jej poganiać. Sama musi chcieć to wszystko z siebie wyrzucić. Jeżeli nieodpowiednio skonstruowałby pytanie, zamknęłaby się w sobie i nie wydusiła nic, poza potokiem oskarżeń o to, że jak zwykle jej nie rozumie.
- Oni mnie nienawidzą – szepnęła w końcu, kiedy słone łzy przestały kapać na jego koszulę. Spojrzał na nią zaskoczony.
- Kto? – za to pytanie zgromiła go wzrokiem.
- Moja rodzina, James! – niemalże krzyknęła, a oczy ponownie pokryła niebezpieczna mgła.
- Mówisz o Petunii? – bardziej stwierdził niż zapytał, a widząc jej oburzenie, wybuchnął śmiechem – Kochanie, czym ty się przejmujesz? Kiedy zrozumie, że jesteś najwspanialsza, jedyna…
- Nie! Nie mówię tylko o niej – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Zamrugał trzy razy i spojrzał na nią uważnie, ale nie kontynuowała.
- Więc kto niby cię nienawidzi? – z trudem powstrzymał się od wywrócenia oczami. Już dawno zanotował, że jego dziewczyna widzi problem tam, gdzie go nie ma.
- Rodzice – szepnęła i ponownie spojrzała na fotografię.
- Żartujesz?! – prychnął z niedowierzaniem. – Przecież to… no... rodzice! Oni z reguły kochają swoje dzieci nad życie. Nawet jeżeli one broją, są niegrzeczne, a skrzynka na listy jest pełna skarg… - spochmurniał. Spiorunowała go wzrokiem. Zrozumiał, że jakakolwiek próba rozbawienia jej nie wchodzi w grę. – No dobra… - westchnął z rezygnacją – Co się stało?
Spojrzała na niego załzawionymi oczami i wyrzuciła z siebie wszyściutko. Im dłużej mówiła, tym większych oczu dostawał. Nie mieściło się to w jego głowie!
- James! – krzyknęła szlochając.
- Tak? – spytał niepewnie.
- Wiedziałam, że będziesz ich bronić! – krzyknęła oburzona.
- Przecież jeszcze nic nie powiedziałem!
- A powinieneś! Ta mała gnida odbiera mi rodziców! Siedzi tu z nimi caluteńki rok, a jak przyjeżdżam na wakacje, czy święta to już nie jest tak, jak kiedyś!
Westchnął.
- A może to nie jej wina, tylko tego, że dorosłaś? Z roku na rok jesteś starsza. Może rodzice traktują cię tak, jak powinni? Miałaś nadzieję, że jak się teraz zjawisz to kupią ci watę cukrową i pójdziecie do wesołego miasteczka? – zapytał, nim zdążył się powstrzymać.
- CO?! – wydarła się i cisnęła w niego jabłkiem – Czy ty nie rozumiesz, że do tej pory traktowali mnie, jak ukochaną, jedyną córkę?! Jak przyjeżdżałam to…
- Nad tobą skakali, a Petunię mieli gdzieś? – dokończył, patrząc na nią z niedowierzaniem – Nie wiedziałem, że jesteś aż taką egocentryczką!
Przygryzła wargę, ale szybko odzyskała pewność siebie.
- Nie jestem! Chce tylko, żeby oni zrozumieli! Jak przyjeżdżam, to im wiecznie pomagam! Chodzę z mamą na targ! Sprzątam w domu! A ona?! A ona wiecznie gdzieś łazi z tymi swoimi przyjaciółmi i rodziców ma głęboko w du…
- Przestań! – krzyknął i podniósł się z miejsca – Obie zachowujecie się beznadziejnie! Nie możecie się opanować?! Ty dokuczasz jej, a ona tobie! Dlaczego nie możecie się pogodzić? To twoja…
- Siostra? – prychnęła z ironią – Chyba zapomniałeś, że traktuje mnie jak dziwoląga.
- Ale jestem pewien, że w głębi duszy cię kocha…
- A ja myślę, że nie. I nie rozumiem, jak wy wszyscy możecie od nas oczekiwać tego, że wreszcie się pogodzimy! Nie rozumiesz, że przez cały ten czas potrafiła mi tylko dogryzać? Miałam jedenaście lat, James! Otworzyły się przede mną nowe możliwości, a ona zamiast się tym cieszyć, nazwała mnie dziwolągiem!
- Na Merlina! Ale to twoja siostra! I nie wierze w to, że bez przerwy cię wyśmiewa!
- Nie oczekuję, że zrozumiesz! – spojrzała na niego z ironią – Chciałam tylko, żebyś mnie pocieszył. Powiedział, że wszystko będzie dobrze! Ale nie! – prychnęła – Rozpieszczony jedynak!
Zaniemówił. Twarz mu skamieniała. Oczy przybrały niemalże obojętny wyraz. Jedynie zaciśnięte pięści zdradzały, jak bardzo go uraziła. Gdy przemówił, jego głos delikatnie drżał.
- Owszem. Jestem jedynakiem. Rozpieszczonym, nie zaprzeczę. Moja matka miała blisko czterdzieści lat, jak mnie urodziła. Byłem dzieckiem tak zwanej ostatniej próby. Poroniła już chyba z siedem razy. Przeszła trzy załamania nerwowe i terapię w św. Mungu. Kiedy przyszedłem na świat… - zająknął się i wskazał na fotografię. Nie tylko tą, która leżała na stole, ale również na te, które zostały przyczepione magnesami do lodówki. Na nich Lily i Petunia, jako dzieci były w przeróżnych miejscach. Przed domkiem na drzewie, na placu zabaw, bawiły się w berka, budowały zamek z piasku – Miałem starszych od siebie kuzynów. Każdy z nich był zajęty swoimi sprawami, a mnie miał gdzieś. Ojciec chodził do pracy. Matka spełniała każdą moją zachciankę. Nawet pieprzone puzzle musiałem układać sam! Nie miałem nikogo, Lily! – krzyknął. Przygryzła wargę. – A ty masz siostrę i zamiast się z nią pogodzić. Zamiast wspólnie dzielić się z nią problemami, życiem, wolisz się na nią wydzierać, niczym trzylatek!
- No oczywiście! – prychnęła po dłuższej chwili – Tobie to łatwo…
- Jadę do rodziców – przerwał jej ostrym tonem. – Obiecałem twojemu ojcu, że nauczę go latać. Jadę po miotłę. Wrócę wieczorem. Może do tego czasu ochłoniesz i zrozumiesz, że masz najwspanialszą rodzinę na świecie. Rodzinę, której zazdrości ci niejeden dzieciak…
Nim zdążyła cokolwiek na to odpowiedzieć, wyszedł z kuchni i wspiął się po schodach. Była niemalże pewna, że spakował swój kufer i teleportował się z sypialni.
- Jasne! Uciekaj! Zostaw mnie tu samą! – wydarła się, a głos jej się załamał.
- Lily! – ledwie James wyszedł z kuchni, usłyszała wołanie mamy. Nadal delikatnie obrażona, poczłapała do sąsiadującego pomieszczenia.
- Tak? – rzuciła oschle. Pani Evans zacisnęła usta, najwyraźniej tłumiąc napływające łzy.
- Anne już jedzie… - szepnęła.
- Co?! Dlaczego? – spojrzała z wyrzutem na Spencer.
- Już dosyć siedzimy wam na głowie. Poza tym, musimy odwiedzić również siostrę Davida - ciocia westchnęła smutno i przytuliła do siebie rudowłosą.
- To niech chociaż zostanie Spencer… - wyjąkała, czując, że musi porozmawiać z kuzynką, ale nikt nie zwrócił na nią uwagi.
- Och, ciociu! Naprawdę dziękuję za przybycie! I dziękuję za prezenty! – Petunia przytuliła się do każdego – Jak tylko się przeprowadzę do nowego domu, to zapraszam na kawę! – roześmiała się sztucznie.
- Z przyjemnością! – zaszczebiotała do niej, a rodzice uśmiechnęli się serdecznie.
Lily czuła się tak, jakby patrzyła na to wszystko z boku. Po raz pierwszy w całym jej życiu, nikt z rodziny nie zwracał na nią uwagi… Rodzice z wujostwem rozprawiali teraz na temat postępów w remoncie. Spojrzała ukradkiem na rozentuzjazmowaną Spencer. Myślałby kto, że aż tak ją obchodzi sypialnia dla przyszłego potomstwa i wzór firanek w kuchni! Musi z kimś porozmawiać. Gdzieś w okolicach gardła czuła narastającą gulę. Pięć minut rozmowy z kuzynką, pozwoliłoby jej zrzucić cały ten ciężar. W tym momencie, nie miała nikogo innego, a wiedziała, że Spencer ją poprze. Wykorzystując małe zamieszanie, zrobiła nieśmiały krok w jej stronę, ale Petunia ją uprzedziła. Ruda była jednak na tyle blisko, że usłyszała o czym szeptają.
- Erick prosił mnie, żebym przekazała ci jego numer – wcisnęła kawałek kartki w rękę Spencer – Zadzwoń do niego tak szybko, jak tylko zdołasz! Ten facet nie jest typem, który czeka wiecznie! – zachichotały – A ty mu naprawdę wpadłaś w oko!
- Dziękuję! – krzyknęła i uwiesiła się na jej absurdalnie długiej szyi – Dziękuję! Dziękuję! Dziękuję!
- Spnce… - chrząknęła Lily – Możemy porozmawiać?
- Och, no pewnie! – dziewczyna wyraźnie się zmieszała. Posłała przepraszające spojrzenie Tuni. Nie zdążyła jednak zrobić nawet kroku.
- No dobrze! Dzieci, do samochodu! – zarządził David.
Ruda przygryzła wargę. Spencer spojrzała na nią przepraszająco i powlokła się z całą gromadką do samochodu. W kuchni została tylko Ruda i… jej starsza siostra.
- Ups… Chyba nasza mała Lily czuje się niekochana - szepnęła udając współczucie – Robię to, co ty zrobiłaś dawno temu! Najpierw pozbawiłaś mnie miłości rodziców, a później znalazłaś sojusznika w Spencer! Naprawdę jesteś aż tak zapatrzona w siebie i tego całego Pottera, że nie potrafisz dostrzec tego, co dzieje się dookoła?
- Co masz na myśli? – spytała niepewnie. Petunia najwyraźniej wiedziała coś, o czym ona nie miała pojęcia. Nie lubiła takich momentów.
- To, że Spencer również czuła się odrzucona. Miała dość tego, że ją zostawiasz, że zajmujesz się tylko swoimi sprawami…
- Więc wzięłaś ją pod swoją opiekę? Tylko po to, żeby mi zrobić na złość? – zapytała z niedowierzaniem.
- Zniszczyłaś moje wesele – syknęła blondynka robiąc trzy kroki w jej stronę.
- Och przestań wałkować ten temat! Obie doskonale wiemy, że gdyby nie James to, to wesele byłoby totalną klęską! – prychnęła, co wywołało jeszcze większą wściekłość u świeżo upieczonej pani Dursley. Zmrużyła oczy i ściszyła głos.
- Ten twój cały James rozwalił wszystko! Najpierw tort, później ta piekielna przemowa! Wujek był strasznie wściekły! Nienawidzisz mnie i próbujesz zrujnować moje życie! – po tych słowach rudowłosa wybuchła niepohamowanym śmiechem.
- Gdybym mogła, to bym się na tym cholernym ślubie nie pojawiała!
- To trzeba było siedzieć w tym wariatkowie! Nikt cię tu nie chciał! – krzyknęła tracąc nad sobą kontrolę. Coś ścisnęło Lily za serce. Słyszała to już niejednokrotnie. Nigdy się tym stwierdzeniem nie przejmowała, ale teraz to wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Zacisnęła usta.
- To przez rodziców – zaczęła tak cicho, że jej starsza siostra zrobiła dwa kroki, by móc ją usłyszeć – Dla nich to zrobiłam. Dla nikogo więcej. Wiedziałam, że właśnie tego ode mnie oczekują i nie mogłam ich zawieść!
- Oczywiście! Jak zwykle biedna i poszkodowana! Zmuszana do wszystkiego przez innych! Nigdy nic nie robisz od siebie? – prychnęła.
- Jestem pieprzoną perfekcjonistką! Mam manie dążenia do doskonałości! I będę robić wszystko, czego inni ode mnie oczekują, a zwłaszcza rodzice! Natomiast ciebie mam głęboko gdzieś!
- I właśnie dlatego chciałaś zniszczyć mój ślub?! – krzyknęła, a głos jej się załamał. Nie mogła uwierzyć, że tylko to ją w tym momencie obchodzi.
- Czy ciebie naprawdę obchodzi już tylko i wyłącznie ta cholerna uroczystość?! Ludzie bawili się wspaniale! Będą go wspominać przez długie lata! Skończ dramatyzować. I uwierz mi, że zachowanie Jamesa i tak było wspaniałomyślne. Gdybym chciała spieprzyć ten ślub, zrobiłabym to zupełnie inaczej.
- Próbujesz mi powiedzieć, że go do tego namówiłaś?! – pisnęła nienaturalnie wysokim głosem.
- Namówiłam do czego? Do tego, żeby zabawiał wszystkie ciotki, babcie i kuzynki? Żeby się bawił tak dobrze, jak tylko potrafi? Do tego, żeby zrobił piorunujące pierwsze wrażanie?! A może do tego, żeby wygłosił wspaniały toast, którym zdobył serca wszystkich zgromadzonych? O to ci chodzi? Bo jeżeli tak, to tak! Namówiłam go do tego, żeby zniszczył ten piekielny ślub! – krzyknęła tracąc cierpliwość.
- Lily? – Ruda odetchnęła z ulgą. Do kuchni wparowali rodzice. Patrzyli oniemiali to na jedną, to na drugą córkę. Zastanawiała się, jak długo już tu stoją i ile z tej rozmowy usłyszeli. Skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała z wyższością na Petunię.
- Sami widzicie, że ona to robi specjalnie – blondynka wybuchła płaczem i wtuliła się w matkę. Lily otworzyła oczy ze zdumienia – Namówiła go do wszystkiego, chciała zniszczyć moją ceremonię…
- Nie bądź śmieszna! Przecież rodzice sami słyszeli, że nic takiego nie powiedziałam.
- Mamo… - jęknęła i podbiegła do stolika w jadalni – Nasze fotografie…
- Och! – usłyszała zduszony krzyk rodzicielki i wywróciła zniecierpliwiona oczami – Thomas! – szepnęła przerażona i podała zamoczone, rozwalające się bryłki mężowi.
- To były jedyne zdjęcia, na których byłam z Vernonem! – Petunia ponownie zalała się łzami – Dlaczego mi to robisz?! – w tym momencie trzy pary oczu zwróciły się w kierunku osłupiałej Rudej.
- Chcesz im wmówić, że to moja wina? – zapytała po dłuższej chwili – Przecież to jest śmieszne! Ja… Ja.. Mamo, przecież wiesz, że bym czegoś takiego nie zrobiła! Przecież wszyscy doskonale wiemy, że tego nie zrobiłam!
- Sama przed chwilą mi powiedziałaś, że go do tego namówiłaś… Że to James… - ciszę przerwała Petunia. Czuła, że traci cierpliwość. Jej siostra robi szopkę, a rodzice wierzą w każde kłamstwo!
- Źle zrozumiałaś! Na Merlina… - myślała gorączkowo, jak się z tego wyplątać – Chodziło mi o to, że… Przecież słyszeliście!
- Owszem. Że namówiłaś Jamesa, żeby zniszczył uroczystość… - pani Evans wyraźnie nie dowierzała w całą tą sytuację.
- To nie tak! Jak zwykle wszystko przekręciliście…
- Przestań, robisz się żałosna – szepnęła Petunia teatralnie ocierając łzę. Rudowłosa roześmiała się histerycznie.
- Nigdy się nie zmienisz? Zrobisz wszystko, żeby mnie pogrążyć, bo nie możesz się pogodzić z tym, że to ja jestem ukochaną córką.
- Ukochaną córką? Przecież nigdy was nie faworyzowaliśmy… Zawsze byłyście dla nas jednakowo ważne! – stwierdził pan Evans, ale obie go zignorowały.
- Odkąd dostałam list z Hogwartu, wiecznie mi dokucza! Wiecznie nazywa mnie dziwolągiem! Czy wy nie widzicie, że to ona zaczęła? Miałam jedenaście lat! A ona mnie odtrąciła. Jakbym była zabawką, która jej się znudziła! Nie potrafiła znieść tego, że traktujecie mnie inaczej, że to mną się zajmujecie, a nie nią… Teraz też tak jest… Próbuje mnie oczernić, ale nie mam pojęcia dlaczego. Co ugra takim zachowaniem? – otarła szybko łzy spływające po jej policzkach.
- Chciałam się z tobą pogodzić, ale wtedy zaprzyjaźniłaś się z Loganem i słuchałaś Snape’a! A jak zaprzyjaźniłam się ze Spencer to i ją przekabaciłaś przeciwko mnie! – krzyknęła Petunia, robiąc smutną minkę.
Ruda wybałuszyła oczy. Wprost nie mogła w to uwierzyć! Przez całe siedem lat to ona była dręczona! Jej siostra starła się, jak tylko mogła, żeby uprzykrzyć jej życie. Nasyłała na nią koleżanki, wyśmiewała Seva, a później starała się przekupić Spencer, chociaż uważała ją za nic nie wartą, rozpieszczoną małolatę!
- No chyba w to nie wierzycie? – rzuciła z niedowierzaniem. Nikt jej nie odpowiedział. Ojciec mruknął coś niezrozumiale, a mama wpatrywała się w rozmokłe fotografie – Świetnie! – krzyknęła – Wspaniale! Jadę do Jamesa! – warknęła, a jej serce coś ścisnęło. Z nim też się dzisiaj pokłóciła. 
- Wracaj! Jeszcze nie skończyliśmy! – pan Evans zerwał się z miejsca, ale się nie odwróciła.
- Zostaw… - zdążyła jeszcze usłyszeć łamiący się głos matki.
Ruszyła na górę i zaczęła się pakować. W głębi duszy liczyła na to, że chociaż ojciec za nią przyjdzie i będzie próbował z nią porozmawiać. Nic takiego się nie stało. Wysłała szybką sowę do Mary z prośbą o spotkanie na Pokątnej po czym machnęła krótko swoją różdżką i w miarę posprzątała pokój, kolejne machnięcie i spakowany kufer uniósł się w powietrze. Zeszła po schodach do przedpokoju i zaczęła nakładać na siebie płaszcz i sznurować buty. Z kuchni dobiegł ją narzekający i użalający się głos Petunii. Zacisnęła zęby i powstrzymała napływające łzy. Następnie przeszła przez salon na ogród i deportowała się.

***

Kiedy wylądowała na jednej z uliczek zaczynało się ściemniać. Cieniutki, czerwony płaszczyk na niewiele się zdał. Pogoda znacznie się pogorszyła. W okolicy unosiła się ponura, tajemnicza mgła, a na listkach drzew pojawił się delikatny szron. Wygładziła spodnie, naciągnęła czapkę na uczy i poprawiła grube, wełniane rękawiczki. Wzięła głęboki oddech, starając się opanować rozszalałe emocje i rozejrzała się dookoła.
Jej ciało przebiegł lekki dreszcz. Nie był on do końca wynikiem przeraźliwego zimna. Kiedy ostatni raz tutaj była, domy były pokryte licznymi świecidełkami i ozdobami, a na ulicach leżał śnieg. Wszystko wyglądało wtedy tak niesamowicie, wręcz zapierało dech w piersiach! Teraz krajobraz pokryty był szarością, brudnym brązem i przytłaczającą czernią. Porozstawiane wzdłuż ulicy latarnie rzucały mdławe, ponure światło, oświetlając jedynie najbliżej stojąca ławkę lub kosz na śmieci. Musiała niesamowicie wytężać wzrok, aby zobaczyć coś więcej. I zdecydowanie, coś jej w tym krajobrazie nie pasowało. Nie potrafiła określić co to jest, ale napawało ją to przeraźliwym strachem. Nie pocieszył jej nawet fakt, że po kamiennej fontannie spacerują ptaki. Odwróciła niepewnie głowę w drugą stronę. Jej oczy odnalazły ścieżkę prowadzącą do domu Potterów. Przygryzła wargę. Czy James wrócił na Privet Drive, czy może postanowił zostać u rodziców? Czy rodzice go przyjęli, podali ciepłą herbatę z miodem i opowiedzieli wszystko to, co się wydarzyło? Czy się martwią? W końcu uniosła się honorem i nawet go nie poinformowała, że resztę ferii spędzi zupełnie gdzie indziej…
I dobrze! – pomyślała w duchu – Jak się o mnie troszkę pomartwi, to mu nie zaszkodzi! Może nawet zrozumie, że miałam rację? – uśmiechnęła się z triumfem i usiadła na krawędzi kufra.
Zerwał się delikatny wiatr. Uniosła głowę ku niebu, a widok wielkich, szarych, deszczowych chmur nie poprawił jej humoru. Pierwsza kropla wiosennego deszczu spadła na jej pokryty piegami nos, a kolejna poszła w jej ślady. Opatuliła się szczelniej szalem, postawiła kołnierzyk i rozejrzała w poszukiwaniu jakiegoś schronienia. Chociaż w jej głowie czaiło się milion myśli, a przed oczami nieustannie miała swoich rodziców, to uparcie starała się odgonić od siebie to wszystko i zachować trzeźwość umysłu. Nie mogła się teraz rozpłakać. Jeszcze nie…
W pewnym momencie jej oczy napotkały małą ławeczkę z zadaszeniem, przypominającą przystanek autobusowy. Odetchnęła z ulgą. Wiatr nabierał siły, a coraz większe krople spadały na jej płaszcz, bezlitośnie pozbawiając go chociażby milimetra suchej powierzchni. Przy każdym, nawet najpłytszym oddechu z jej ust wydobywały się kłębki pary, a wiosenne zamszowe buciki zaczęły przepuszczać wodę.
Westchnęła zrezygnowana i pochwyciwszy kufer ruszyła pomału w stronę schronienia. Już po trzydziestu sekundach miała serdecznie dosyć. Kufer był niesamowicie ciężki, a rozmokła droga raczej jej nie pomagała. W pewnym momencie bagaż zahaczył o jakiś wystający korzeń. Klnąc pod nosem, zaparła się i mocniej szarpnęła. Kufer nie ustąpił, ale jej ręce ześliznęły się z uchwytu, a ona sama wylądowała w małej kałuży, która zdążyła się już utworzyć. Do oczu napłynęły jej łzy. Dlaczego to wszystko idzie tak źle? Podniosła się z ziemi i z całej siły kopnęła w walizkę. Zamiast odczuć ulgę, poczuła ogromny ból palca u nogi. Jęknęła i opadła zrezygnowana na kufer, ściągając w pośpiechu but i rozmasowując obolałą stopę. Coś niespokojnie zaszeleściło. Jej oczy uważnie badały każdy cal. Blask ulicznych latarni padł na jej różdżkę. Idiotka! zganiła się w myślach i schyliła po kawałek drewna. W tym samym momencie wpadł jej do głowy pewien pomysł. Tak oczywisty pomysł! Wsunęła stopę w obuwie i z uśmiechem otworzyła wieko kufra.
Powoli i bardzo delikatnie przerzucała ubrania w poszukiwaniu ciepłego swetra. Na swoje nieszczęście umieściła go na samym dnie! Jej ciało pokryło się gęsią skórką, czuła, że nos i policzki są czerwone od przeraźliwego zimna. Kiedy wreszcie narzuciła na siebie gruby sweter, a po jej ciele rozeszło się przyjemne ciepło, odetchnęła z ulgą. Na krótko…
Gdzieś w oddali niebo przeszyła błyskawica, a chwilę później usłyszała cichy pomruk. Wiatr wzmagał się z sekundy na sekundę, wyrywając z jej zdrętwiałych od zimna rąk ubrania, które miała zamiar ponownie schować do kufra. Krzyknęła, ale na niewiele się to zdało. Blisko połowa jej ubrań wylądowała w błocie. To już było ponad jej siły. Jęknęła głośno, po policzkach popłynęły łzy złości i bezsilności, a ona sama opadła na mokrą ziemię. Pieprzone święta! Że też nie zostałam w Hogwarcie! I gdzie, do cholery jasnej podziewa się Mary?!
- Lily! Merlinie! – dobiegł ją zdyszany i przerażony głos przyjaciółki. Zerwała się na równe nogi i przytuliła mocno do dziewczyny – No już, będzie dobrze…
- Nie będzie dobrze! – krzyknęła i zaniosła kolejnym szlochem.
- Będzie, zobaczysz… - szeptała, a kiedy kolejny dreszcz przebiegł przez jej ciało, stwierdziła optymistycznie – Musimy się deportować, chodź! Zaparzę ci herbaty z cytryną i przygotuję ciepłą kąpiel z olejkami eterycznymi.
Machnęła szybko różdżką zbierając jej rzeczy, okryła rudowłosą swoim płaszczem i chwyciła jej dłoń w swoją. Dziewczyna uśmiechnęła się niepewnie i pociągnęła nosem. Właśnie to kochała w niej najbardziej. Nie pytała o nic, a dawała tyle ciepła i otuchy ile tylko potrafiła z siebie wykrzesać. Więcej, niż jej rodzice...

4 komentarze:

  1. Tak długo czekałam na nowy post... Tamten był taki pogodny i tak lekko się go czytało... Napawał nadzieją i ciepłem, miłością... A ten? Aż chce się płakać ;'( I jeszcze ten utwór. Hm... i w sumie każde z nich ma trochę racji, każdy punt widzenia, w jakimś sensie, jest właściwy... Szkoda, zawsze myślałam, że Lily i Tunia mogą, choć w minimalnym stopniu, zawrzeć sojusz... Może jeszcze za wcześnie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedy następny? Świetne opowiadanie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Smutny jest ten rozdział. Manipulacja i gra słów Petunii i Lily, zrobiły swoje.
    Ale uważam tak jak poprzedniczka- I Lily, i Petunia mają rację.
    Czekam na następny rozdział i oby ciąża była dla Ciebie lżejsza! (współczuję, że nie jest to tak magiczny czas, jak każdy sobie wyobrażał)
    I gratuluję!
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej :) Kiedy kolejny rozdział? :(

    OdpowiedzUsuń